• facebook
  • rss
  • Misja na Karaibach

    dodane 09.08.2012 00:00

    – Wodę mam tylko z deszczu, ale da się przeżyć – napisał ks. Łukasz Szweda w pierwszym mejlu ze swej misyjnej parafii na Jamajce. I choć codzienność mieszkańców krańcowo różni się od tego, co widać na reklamach turystycznych kurortów, kapłan nie traci pogody ducha i prosi o modlitwę.

    Wyjechać na misje zdecydował się po lekturze artykułu w „Gościu Niedzielnym”. Początkowo miała to być Alaska, ale ostatecznie kilka miesięcy temu trafił w samo serce gorącej wyspy na Morzu Karaibskim. Od marca duszpasterzuje w miejscowości Seaford Town oraz w Darliston, oddalonym o 30 minut jazdy samochodem. – Najważniejsze, żeby być potrzebnym. A księża są tu naprawdę bardzo potrzebni. W mojej diecezji Montego Bay jest obecnie 11 kapłanów. Tylko jeden jest Jamajczykiem. Pozostali są z takich krajów jak USA, Filipiny, Tonga, Honduras, Kenia, Tanzania, a nawet Pakistan i, oczywiście, Polska.

    W Seaford Town nie było stałego księdza przez 14 lat. Przyjeżdżał on tylko w niedzielę, i to nie każdą. Sporo jest ludzi, którzy są katolikami, ale nie widziałem ich jeszcze w kościele. Tak się dzieje, jak przez wiele lat nie ma kapłana – podsumowuje i dodaje z nadzieją: – Może jeszcze ktoś zdecyduje się tu przyjechać...

    Dziwny kraj

    Jamajka jest dziwnym krajem. Przewodniki piszą o największym zagęszczeniu różnych wyznań na kilometr kwadratowy. – I to prawda: jest tu ogromna liczba Kościołów i ogromy chaos w głowach ludzi – przyznaje ks. Łukasz. Są różne wspólnoty protestanckie, świadkowie Jehowy, rastafarianie. Katolików jest tylko około 3 procent. Bardzo często w jednym domu, w jednej rodzinie, żyją ludzie, którzy należą do trzech lub więcej Kościołów. To ogromna trudność. W parafii mam w niedzielę na Mszy od 50 do 100 ludzi. W kościele w Darliston tworzy się nowa wspólnota: między 25 a 30 osób. Są one bardzo otwarte i dużo w nich entuzjazmu dla katolicyzmu. Szukając Boga, ci ludzie przeszli tu z innych Kościołów. Seaford Town jest inne niż reszta Jamajki. W XIX wieku, po zniesieniu niewolnictwa, przyjechali tutaj imigranci z Europy, z okolic Hanoweru. Na miejscu okazało się, że nie umieją uprawiać tej ziemi i nie służy im klimat. Wielu z nich wyjechało, sporo zmarło na tropikalne choroby, a pozostali ciągle żyją bardzo biednie. – Wielu parafian mieszka w opłakanych warunkach. Pewna chora kobieta, u której byłem z posługą, mieszka pod zawieszonym między dwoma drzewami płatem materiału. Inna – matka dziewięciorga dzieci, z których najmłodsze ma pół roku – niedawno została wdową, po śmierci męża jest bez środków do życia i dachu nad głową. Takich sytuacji mamy więcej – pisze ks. Łukasz.

    «« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»
    oceń artykuł

    Zobacz także

    , aby komentować lub podaj nazwę wyświetlaną
    Gość

      Reklama

      przewiń w dół